Pokonanie Liteksu Łowecz 2:1 na wyjeździe otwiera Wiśle Kraków bramy do następnej rudny, już ostatniej, choć i najtrudniejszej.
Dopiero po niej jest rajska przygoda. Bramy zostały mocno uchylone i wprawdzie nie wolno jeszcze przesądzać rywalizacji to jednak winno się jasno wyrazić: w rewanżu Wisła musi wywalczyć awans, w przeciwnym wypadku nie zasługuje na grę w Lidze Mistrzów. Wszystkie atuty są teraz po stronie brygady z Reymonta.
Paradoksalnie mecz w Łoweczu nie był dobrym występem Białej Gwiazdy. Zwycięstwo też nie powinno przesłonić słabości jedenastki spod Wawelu. Zasadnicza konstatacja jest taka, że tylko w jednym elemencie polski (choć już raczej tylko z nazwy-znak czasu?) zespół był lepszy od Bułgarów. Skuteczność- słowo klucz. Piłkarze Wisły mieli trzy, cztery dogodne sytuacje, dwie wykorzystali-gospodarze mieli tych sytuacji znacznie więcej, ale skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. No i szczęście. My je mieliśmy, oni nie. Tak po prawdzie to najbardziej sprawiedliwym wynikiem byłby remis, ale jak to w piłce nożnej bywa, los żongluje sprawiedliwością-nie zawsze lepszy wygrywa.
Liteks nie był drużną gorszą na pewno. Bułgarzy mieli inicjatywę, prowadzili grę, atakowali często i równie często się gubili. Najgroźniejszy był Brazylijczyk o twardym imieniu Tom wybijający się zdecydowanie spośród zawodników biegających w czerwonych koszulkach. Świetne akcje skrzydłem, niebezpieczne dośrodkowania, błyskotliwość i szybkość; obrońcy Wisły muszą bardziej się postarać w rewanżu by „ukrócić” harce Latynosa. Na tle Toma beznadziejnie prezentował się Junior Diaz, który momentami grał niczym junior, bezlitośnie ogrywany przez napastnika z Łowecza, co prokurowało niebezpieczne sytuacje. Aż chce się krzyknąć: 'Junior nie bądź juniorem'.
Swoje zadanie za to wyśmienicie wypełnił Lamey, mogący w pierwszej połowie strzelić dwie bramki, ale i za tę jedną należą mu się wielkie brawa. Za instynkt, skuteczność i walkę w obronie. Jednakże zauważyć należy, iż potyczka z Bułgarami odsłoniła słabości wiślackiej obrony, momentami grającej chaotycznie. Miejmy nadzieję, że w Krakowie będzie lepiej.
W ataku też się nie naszumieli krakowscy stranieri. Nie mieli za bardzo okazji by „ukuć” gospodarzy. Próbował Genkow, próbował Iliev, ale jakaś dziwna niemoc tego wieczoru pętała nogi napastnikom. Dziękować stąd też można, że niebiosa zesłały do Krakowa Meliksona, bezapelacyjnie gracza numer jeden Białej Gwiazdy. Świetnie wyszkolony technicznie, drybling nie sprawia mu żadnego problemu, posiada do tego doskonały przegląd pola i ma zmysł do gry kombinacyjnej. Nie ma również większych przestojów, cały czas szukając gry- wszystkie te elementy pokazał w Łoweczu. Jego bramka w drugiej połowie dała Wiśle ogromny oddech nie tylko na ostatnie minuty, ale również na rewanż-sytuacja jest komfortowa.
Jak wcześniej wspomniałem Wiśle dopisywało szczęście, o tym powinna międzynarodówka z Krakowa pamiętać. Wszak Bułgarzy dwukrotnie obili poprzeczkę gości, a w kliku sytuacjach kibice nad Wisłą z ulgą podnosili oczy ku niebu, wierząc, że owe szczęście nie opuści biegających w niebieskich koszulkach piłkarzy. Modlitwy zostały wysłuchane.
Kolejna rzecz, na którą zwróciłem uwagę to konsekwencja w grze-nie odpuszczamy aż do końca- choć niestety kilku zawodników chwilami wyłamywało się z tego procederu. Zauważalna jest nieco inna mentalność zespołu Wisły, odróżniająca ją od pozostałych polskich zespołów, polegająca mniej więcej na tym: gryziemy trawę do samego końca, zwycięstwo trzeba wyszarpać. Jest to oczywiście wynikiem „zawłaszczenia” pierwszej jedenastki przez piłkarzy kulturowo odległych od sielskiej, czasem przaśnej mentalności polskich piłkarzy. Mentalność zwycięzców – to rzecz nabyta, uzależniona od środowiska, w którym kształtują się zawodnicy.
Prognozując wynik rewanżu nie będą za bardzo odkrywczy – dalej awansuje Wisła. Zespół na Reymonta zdecydowanie lepiej gra, niż na wyjazdach. Do tego jest już pokaźne doświadczenie tego, co Bułgarzy sobą prezentują, a co w konsekwencji daje naukę, z której należy skorzystać.
Jako kibic piszący, lubiący szturchać słowem, żyję nadzieją, że Wisła w tym roku jesień złotą uczyni, by ta nasza futbolowa prowincja choć na chwilę znów kolorów nabrał. Bo nam Lech przykład dał, jak zwyciężać można.
Krzysztof Gołaszewski




















